Zobaczyłem, że dzerry pojechał w lata 90., więc dla fasonu i z sentymentalnej próżności poczułem się zobowiązany przywołać jedyną w swoim rodzaju (nawet na tle innych jedynych w swoim rodzaju ) dekadę - lata 80. Jakkolwiek Pearl Jam, Soundagrden, Janes Addiction, Stone Roses, Nirvana, Faith No More itd. nie ominęły mnie swymi wystrzałami z lat 90., to moje pierwsze poważne muzyczne orgazmy to lata 80. Stan wojenny i cała zmarnowana dekada, pierwsze teledyski, audycje Tomasza Beksińskiego (Romantycy muzyki rockowej), "Wieczór z płytą kompaktową", pierwsze kasety video, punki, popersi, wino "Muflon", piwo jakiekolwiek, Wiarusy (albo DSy) z kiosku lub malboraki z pewexu.... ale do rzeczy, miało być o muzyce. Lata 80. to dla mnie m.in.: Talk Talk (Colur of Spring i koncertowa płyta z 1986 z Brixton Academy), the Cure, Klaus Mittfoch (kurka, do dziś mam ciary, jak słucham ich pierwszej płyty, nie lubię autorytetów, ale przed Janerką do dziś czapa z dyni), U2, The Cult, Deuter (na żywo, nie z płyty ), Ultravox, Tears for Fears, Clan of Xymox ("Medusa"), Peter Nooten, The Clash, This Mortal Coil, Pixies, Dead Can Dance, Laurie Anderson... TSA ... Można by długo. Aż mi się nie chce już klepać w klawiaturę. Lata 80. to jakiś sen - dziwaczna moda, obciach połączony z nieudolną perwerą, a do tego autentyczna, niestylizowana bezkompromisowość, otwarcie na neurotyczna grafomanię, wzruszenia, a zarazem punkowe twardzielstwo i zaangażowanie, dziwaczne brzmienia i dużo pięknych piosenek... Przedziwny okres, trochę nierealny, ale z niepowtarzalnym smaczkiem (szczególnie w Polsce). Polecam miłośnikom lat 90.